Minęło nieco ponad pół roku, od kiedy przestałem być redaktorem naczelnym NF i stanąłem za sterem dużo mniejszego, lecz pod wieloma względami bardziej wymagającego projektu, jakim jest polska edycja F&SF. W istocie jednak nic się nie zmieniło, wciąż robię to samo, co robiłem, jeno w nieco mniejszej skali, i wciąż borykam się z tymi samymi problemami. Innymi słowy – parafrazując jedno z wielu wybornych zdań, jakimi Michael Chabon nafaszerował swoją kapitalną powieść Związek żydowskich policjantów – coraz dobitniej zdaję sobie sprawę, że redaktor powinien mieć pamięć recydywisty, jaja strażaka i wzrok włamywacza. I może jeszcze metalowy zad. W przeciwnym wypadku lepiej będzie, jeśli zmieni zawód. Ha! Wiem, co sobie teraz myślicie. Facet przesadza. I macie rację. Tak, przesadzam. Ale tylko trochę.
Jest taka życiowa gra. Gra-paradoks. W mniejszym lub większym stopniu musi w nią grać każdy z nas, choć nigdy nie opuszcza nas świadomość, że nie sposób w niej wygrać. Można ją określić mianem gry w zadawalanie wszystkich. I tak się składa, że kiedy przykładowo robi się pismo literackie poświęcone fantastyce, to niejako automatycznie staje się na linii frontu zadawalania wszystkich miłośników fantastyki. Wysłuchałem już tylu sprzecznych opinii na temat pierwszego numeru F&SF, że w sumie przestały już cokolwiek dla mnie znaczyć. Mamy zatem za dużo opowiadań, za mało opowiadań, za długie i za krótkie wywiady, za skromny i zbyt obszerny dział publicystyki. Kobiety twierdzą, że najlepszym opowiadaniem w numerze jest Niebo w Oczach Laurel Winter, a mężczyźni uważają, że to najgorszy tekst itd. Niemniej jednak wszystko to dowodzi jedynie tego, co było jasne od samego początku – nie da się wygrać gry w zadawalanie wszystkich. Nie ma sposobu, żeby dogodzić wszystkim gustom. No dobrze – dość tych truizmów. Zapytajmy lepiej: co z tego wynika?
A wynika prosta konkluzja. Robiąc takie pismo, jak F&SF, czy tworząc jakiekolwiek dzieło, które skierowane jest do szerokiego grona odbiorców, trzeba mieć świadomość, że zawsze istnieją dwie ścieżki. Ścieżka produktu i ścieżka wizji. Mamy tu realny wybór. Możemy się uciec do rynkowej kalkulacji i uszyć swój produkt zgodnie z najnowszymi i najmodniejszymi trendami. Albo też posiłkując się wiedzą i własnym gustem pójść w stronę osobistej wizji tego, co dobre i wartościowe. To nasza ścieżka. To chcemy dawać odbiorcom F&SF, bo wierzymy, że istnieje spora grupa czytelników szukających czegoś więcej niż tylko nowości literackich, które bliźniaczo przypominają to, co już kiedyś czytali. Dlatego też cieszą mnie rozbieżne opinie, bo to oznacza, że każdy oczekiwał od tego pisma czegoś innego, a dostał coś naszego. W drodze jest kolejny numer, pod wieloma względami jeszcze lepszy niż pierwszy i z całą pewnością wywoła on kolejną falę rozbieżnych opinii. No i dobrze. F&SF jest dzieckiem naszej wizji i musimy pokazać, że potrafimy jej bronić, a tym samym udowodnić, że mamy pamięć recydywisty, jaja strażaka, wzrok włamywacza i stalowy zad. QED.